platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Gdy umysł jest cichy

Ta wysublimowana okładka słusznie zwiastuje zawarte w niej piękno. Natasza Goerke zabiera czytelnika do „Tam” w najdoskonalszym pojeździe jakim jest empatia. To wspaniale wpadać w zachwyt nad zdaniami, w których siła metafor potrafi prowadzić umysł przez zakamarki Nepalu, by ten nie zbłądził wśród cieni krzywdzących interpretacji o tym kraju. Przesadną strojność nazywa tęsknotą za pięknem, a skłonność do przepychu z wyrozumiałością buddyjskiego mędrca widzi jako czysto ludzkie pragnienie kompensacji. „Człowiek tak jest już bowiem skonstruowany, że jeśli długo czegoś nie miał, to potem wszystko pragnie sobie jak najszybciej wynagrodzić. Cały ten przepych, cała nachalna demonstracja zamożności nie są przecież tak naprawdę niczym innym niż prostą reakcją na długie lata biedy”. Natasza obserwuje z szacunkiem i uważnością, pokazując obraz świata, który poprzez swój urok, a zarazem przepastne nierówności jest jak mgnienie wieczności. Dla Polaków „Tam” może stać się lustrem podstawionym przez kogoś, kto czule trzyma jego ramy, by w razie szokującego odbicia powiedzieć: uwolnij się od oporu, to, co widzisz boli, ale za strachem, za najgorszym scenariuszem, jest piękno zrozumienia. A ono przynosi ulgę. Takie książki zdarzają się niezwykle rzadko. Dojrzewają w autorze latami. Są jak miłość, która pojawia się wtedy, gdy umysł jest cichy.

Natasza Goerke, „Tam”, wyd. Czarne

Dojmujący erotyzm Liliany Hermetz

Kilka godzin czytania, a aura niesamowitości drąży głębiej niż sonda żołądkowa. To remedium na niepokojące wzmożenie, jakiego doświadczamy wszyscy, gdy nie mamy kontaktu ze swoimi ciałami – „Costello. Przebudzenie” Liliany Hermetz. Wspaniała lapidarność przywodząca na myśl frazy Camus’a i zdaje się jego ucznia po piórze – Ferdinanda von Schiracha. „Costello” to nie tylko zapis budzącej się świadomości cielesności, którą odkryć możemy w każdym wieku. Nie jałowa pornografia, lecz namiętność podążająca za spełnieniem i akceptacją. To nienachalna historia przebudzenia do chłonięcia życia dojrzałej kobiety, miłośniczki nauki, która odkrywa coś więcej niż wrażenie, jakie wywołać potrafią najbardziej wyszukane słowa. Odkrywa radość obcowania ze swoim ciałem zanurzonym w rzeczywistości. I niespiesznie pozwala mu wyjść z niewoli norm kulturowych. Costello po raz pierwszy doświadcza sytuacji granicznej związanej z bólem i rozkoszą. I stawia nogę do przodu, bo wie, jako kobieta, naukowiec, pisarka, że świadomość wymaga odwagi, że nie ma taryfy ulgowej dla kogoś, kto chce być autentyczny. Liliana Hermetz tworzy tu wspaniałą atmosferę dojmującego erotyzmu, która zostaje jeszcze długo po lekturze. A portret kobiety, za którą podąża, ma siłę udanego nakłonienia czytelnika do podjęcia jednej z najważniejszych prób ratujących życie – poznania siebie samego.

Jeśli kiedyś napiszę rozprawę pod tytułem „Rola literatury ekstatycznej w wybudzaniu z cywilizacyjnego odrętwienia” Liliana Hermetz znajdzie należne w niej miejsce. Obok Philipa Rotha, Dawida Grosmana, paru esencjonalnych klasyków i śmiałych poetów.

„Costello. Przebudzenie”, Liliana Hermetz, wyd. W.A.B

Nieznośny świat w krótkiej formie

Jeśli szukacie świeżości w literaturze, bo wszystko już było – macie to! Znalezienie opowiadań, które wznoszą umysł powyżej przeciętnej, sprawiając, że czytelnik czuje się lepszy od siebie samego, to wyzwanie, na którym niejedni z nas polegli. Wiemy, ile i co produkuje rynek, który jest bogiem. Tym razem „Ruiny i zgliszcza” Wells’a Towera są jak chłodny wiatr w upalne popołudnie nudy, jak szklanka zimnej wody na pustyni powtarzalności. Tower nie idzie na łatwiznę. To gęsta i wyborna literatura pokazująca świat z perspektywy, o jakiej mówił Hemingway: „Pisarz to ktoś obdarzony wstrząsoodpornym wychwytywaczem gówna”. Tower to ma, więc warto za nim podążyć i czegoś się o sobie dowiedzieć. Jest bezwzględnie szczery, gdy pisze o braterstwie: „Nie warto nawet, żebym próbował opisać miłość, jaką wciąż budzi we mnie brat, kiedy posyła mi takie właśnie spojrzenie, bo akurat przez chwilę nie przelicza swoich pretensji do mnie i nie gardzi sobą za to, że nie zrobił kariery jako następca Johna Tesha. Takiego braterstwa jak nasze nikomu bym wprawdzie nie życzył, ale trafił nam się jeden prosty dar: w rzadkich momentach szczęścia umiemy się razem cieszyć równie namiętnie i bez reszty, jak się nawzajem nienawidzimy”. Jest świadomym, nieznośnie uważnym dzieckiem popapranego rodzica, gdy oznajmia: „Ojca zaskoczyła własna rozpacz: dobiegał pięćdziesiątki, z uszu strzelały mu srebrzyste kępki, i oto po raz pierwszy w życiu złamano mu serce. Mówił mi, że miłość jest jak ospa wietrzna: trzeba ją przejść w młodym wieku, bo w późniejszym może zabić”. I to jeszcze – opowiadanie mroczne, choć godne wirtuozerii Nabokova, gdzie czarny humor Towera, który opisując niebywałą masakrę, potrafi sprawić, że się uśmiechniecie ze ściśniętym gardłem. Chodzi o ostry nożyk wodza, który od ciągłego wecowania klingę miał wąską jak paznokieć. „Można by nią ogolić elfowi dupę”. Takie opowiadania potrafią w mózgu wygłodniałego odkrywcy zostawić żarliwe pragnienie czytania. I przekonanie, że teraz nieznośny świat najlepiej opisują krótkie formy.

Wells Tower, „Ruiny i zgliszcza”, wyd. Karakter

Mądrość, za którą nie ma pochwały

„Żar” napisał w 1942r. Sandor Márai, zachwycające świadectwo samoświadomości, potężna dawka czystej literatury zaaplikowana prosto w hipokamp: „Ale w głębi duszy dręczyła cię konwulsyjna namiętność – pragnienie bycia kimś innym, niż jesteś. To najdotkliwszy cios, jaki fatum może zadać człowiekowi. Pragnienie bycia kimś innym niż tym, kim jesteśmy; silniejsze pragnienie nie może zapłonąć w ludzkim sercu. Bowiem życia nie można znosić w inny sposób niż ze świadomością, że godzimy się z tym wszystkim, co znaczymy dla siebie i dla świata. Trzeba zgodzić się z tym, że jesteśmy tacy lub inni i wiedzieć – kiedy się z tym godzimy – że za tę mądrość nie otrzymamy pochwały od życia(…) Musimy znosić nasz charakter, naszą naturę, ponieważ doświadczenie i zdolność rozumienia nie zmienią jej wad, samolubstwa, chciwości.Trzeba znosić i to, że nasze pragnienia nie znajdują odzewu w świecie. Márai wie, jak zrobić posiew z ludzkiej duszy

Sandor Márai, „Żar”, wyd. Czytelnik

Żar był pierwszym wydanym w Polsce dziełem Sándora Máraiego. Ta niewielka powieść w swej zewnętrznej warstwie mówi o męskiej przyjaźni, zburzonej przez miłosny trójkąt, przede wszystkim jednak jest refleksją nad potrzebą poznania prawdy, ale także nad niemożnością dotarcia do sedna minionych zdarzeń. Choć bohaterowie są już starzy, na przeszłość ciągle kładzie się cień niepewności – i to napięcie udziela się również czytelnikowi, który do końca nie otrzymuje prostych odpowiedzi.

Jak pokochać centra handlowe? Czule i nienachalnie

„Jak pokochać centra handlowe” powinno wsiąkać w żyły kobiet jak kroplówka. Język tej powieści przypomina mi pisarstwo Herty Müller, która w szczerym wyznaniu: „Moja ojczyzna była pestką jabłka” napisała o sprawach trudnych, bolesnych i traumatycznych językiem czułym i wnikliwym, szanując przy tym każde słowo, które oswaja udrękę. Bohaterka jest matką naszych czasów. Mimo lęku, mówi o nim, wychodzi poza niego i próbuje jak najwięcej zrozumieć z doświadczeń macierzyństwa łączonego z pracą na śmieciówce. Matki lat 90. nie miały takiej odwagi ani samoświadomości. W życiu nie przyznałyby się do trudnych uczuć wobec swego dziecka ani ciała. To były matki zawstydzone, upokorzone, poświęcone cierpieniu, które trzeba znosić w pokorze, by świat nie wytknął ich palcami. Gdy krwawiły im sutki podczas karmienia piersią, zaciskały zęby i wmawiały sobie, że tak musi być. Gdy odjeżdżały psychicznie, oskarżały siebie o słabość, której nie potrafiły zaakceptować. Matka u Fiedorczuk przejawia taki rodzaj odwagi, który oszałamia szczerością i koi, bo każda z nas znajdzie w niej część siebie, opuszczonej, zmagającej się ze sobą, zawieszonej pomiędzy odpowiedzialnością za dziecko a uznaniem swojej autentyczności. Ale wciąż idącej w stronę światła, mającej pewność, że gdzieś jest łaska ulgi, bo prawda o przeżywaniu świata przez normalną kobietę nie jest zatajona. Nie każda z nas jednak potrafi nazywać swoje uczucia i mówić o nich, by w końcu przestały być wrogiem w głowie, który niszczy nam życie. Wstyd i lęk nie jest dla pisarzy i Natalia Fiedorczuk-Cieślak o tym wie. Bardzo empatyczna, czuła proza. Dzięki takim książkom lepiej rozumiemy własny świat;-) Nie muszę dodawać, że stajemy się pełnymi ludźmi, których kompleksy i wątpliwości są i będą. I to stanowi o naszym człowieczeństwie.

Natalia Fiedorczuk, „Jak pokochać centra handlowe”, wyd. Wielka Litera

Wybryki literackie

O literaturze i nie tylko – blog Kariny Obary